Straszny dwór

Opera w 4 aktach

LIBRETTO: Jan Chęciński
PRAPREMIERA: Warszawa, Teatr Wielki, 28 IX 1865

Hanna: Bronisława Dowiakowska, sopran;
Jadwiga: Józefa Chodowiecka-Hess, mezzosopran;
Stefan: Julian Dobrski, tenor;
Zbigniew: Wilhelm Troszel, bas;
Cześnikowa: Honorata Majeranowska, alt;
Miecznik: Adolf Kozieradzki, baryton;
Skołuba: Józef Prochazka, bas;
Damazy: Józef Szczepkowski, tenor;
Maciej: Jan Koehler, baryton;
Marta: Kamila Stankiewicz, sopran;
Grześ: Aleksander Mystkowski, tenor;
Stara Niewiasta: Apolonia Grabowska, alt

TREŚĆ. Akt I. Pierwsza odsłona. Wojna się skończyła. Dwaj młodzi szlachcice, bracia stolnikowicze Stefan i Zbigniew, rozstają się z towarzyszami broni przed powrotem do domu. By zaś w domu także panował pokój, lecz równie po to, „by w każdej chwili swobodnym być, jak dla ojczyzny wypada sług”, postanawiają pozostać „oba w bezżennym stanie”. Inaczej mówiąc: „nie ma niewiast w naszej chacie!” (intrada: A gdy się rozstaniem – Zamiast bezczynnie służyć w żołnierce). Po całej nocy spędzonej z kompanami przy ognisku o wschodzie słońca trzeba się żegnać. Stary, wierny Maciej ogłasza wymarsz (Tandem panicze – Żegnajcie nam). Druga odsłona. W rodzinnym dworku Stefana i Zbigniewa wszyscy niecierpliwie oczekują ich powrotu (chór: Ach, pani Marto, mówcie szczerze). Witani po staropolsku chlebem i solą, młodzieńcy oddają cześć ojcowskiemu domowi, którego nie widzieli od lat (tercet: Cichy domku). Będą uprawiać ziemię, gospodarstwo pozostawiając w rękach Macieja. Lecz pięknym planom grozi niebezpieczeństwo: „jakaś pędzi tu kolasa”, a wysiada z niej, w całym swym zamaszystym majestacie, stryjeneczka Cześnikowa (Ach, witam was – Z tej strony Powiśla). Przedsiębiorcza dama przybywa jako posłanka kilku okolicznych dworów, gdzie aż się roi od panien na wydaniu, z zamiarem wzięcia dwóch kawalerów w małżeński jasyr. Na wieść o ich świętokradczym postanowieniu pod stryjeneczką nogi się uginają, choć to jeszcze nie koniec złych wieści. W dzień Sylwestra bratankowie wybierają się bowiem… do Kalinowa, do pana Miecznika. Cześnikowa mało nie mdleje („na nic, na nic moje plany”), skrzykuje zatem wszystkich i ogłasza, że paniczom grozi straszliwe niebezpieczeństwo, siedziba Miecznika znana jest bowiem jako „straszny dwór”, przeklęty przez Boga (finał: Biada! – Wśród szumu lasów). Na wieść o duchach, co przechadzają się po zamku, pobrzękując łańcuchami, Stefan i Zbigniew pękają ze śmiechu, choć na Macieju informacja ta robi duże wrażenie. Widząc, że tą metodą nic nie wskóra, Cześnikowa postanawia uprzedzić ich w Kalinowie, by innym sposobem ocalić swe zamiary.

Akt II. W dworze Miecznika, w sylwestrowy wieczór, panny Hanna i Jadwiga, piękne córki gospodarza, wyszywają kobierzec, podczas gdy ich towarzyszki przędą w miłym nastroju (chór: Spod igiełek kwiaty rosną). Niewrażliwe na połajanki Starej Niewiasty, już wkrótce postanawiają jednak porzucić pracę i zająć się czymś zabawniejszym, dokładnie zaś laniem wosku, by odsłonić przed wszystkimi „zasłonę przyszłości”. Podczas gdy Hanna rusza po konieczne akcesoria, Jadwiga marzy o pięknym młodzieńcu, który stanie dnia pewnego na skraju lasu (dumka: Biegnie słuchać w lasy, knieje). Hanna powraca w towarzystwie pana Damazego, oficjalnego zalotnika obu panien (bez szczególnych preferencji), co posłuszny obcej modzie nosi „fraczek i perukę” (duet: Gdzie postawić to naczynie?). Gdy zaś do dziewcząt przyłącza się Miecznik – zaczynają się sylwestrowe czary (kwartet: Już ogień płonie). Wbrew nadziejom Damazego woskowe wróżby przepowiadają dziewczętom nie fałszywego Francuza, ale prawdziwego Polaka, konnego rycerza w zbroi. Takich zięciów wymarzył sobie Miecznik (Kto z mych dziewek serce której). Rodzinną sielankę zakłóca jednak przybycie Cześnikowej, która zapowiada rychłą wizytę stolnikowiczów, budząc tym radość Miecznika, zainteresowanie Hanny i Jadwigi oraz rozpacz Damazego. Cześnikowa nie przyjechała wszakże z uprzejmości, jeno na intrygi. Nie dość, że informuje Miecznika o kawalerskich ślubach swych bratanków, to jeszcze kreślić poczyna karykaturę Stefana i Zbigniewa, zapewniając, że to młodzieńcy „jacyś nie po męsku rzewni, zabobonni, trwożliwi, istne dwie niewiasty”. Zawiedziony Miecznik zgrzyta zębami, Hanna postanawia zaś spłatać gościom złośliwego figla – nie wiedząc, że to samo przyszło właśnie do głowy Damazemu. Do sali wpada nagle rozkrzyczany i roześmiany tłum: to okoliczni myśliwi pod wodzą klucznika Skołuby. Zderzyli się po drodze z kolasą Stefana i Zbigniewa, skąd padł niespodziewany, celny strzał, skutkiem czego zupełnie nie wiadomo, kto tak na-prawdę położył dzika (finał: Traf szczególny!)! Na-stępuje wzruszające powitanie Miecznika z synami zmarłego przyjaciela (O, drodzy goście), a najgorsze przeczucia Cześnikowej spełniają się co do joty: młodzi krzyżują spojrzenia, Stefan nie może oderwać oczu od Hanny, Zbigniew stanął jak wryty na widok Jadwigi, obie panny zaś wierzyć nie chcą, że w piersiach tak pięknych rycerzy biją zajęcze serca… W tle zaś trwa nadal sprzeczka o dzika, nie-wczesny strzał oddał bowiem Maciej, ściągając na siebie złość Skołuby. Patrząc prosto w oczy synom stolnika, Miecznik wznosi toast na cześć ich dzielnego protoplasty (A był to dzielny zuch!), podczas gdy Damazy szepce coś do ucha Skołubie…

Akt III. Miecznik ulokował gości w odległym skrzydle zamku, w dwóch pokojach obok wielkiej sali, gdzie stoi wielki zegar z kurantem, na ścianach zaś wiszą portrety przodków. Skołuba wprowadza tam Macieja, ten zarzuca klucznikowi, że zapomniał świecy. „Księżyc świeci, panie bracie”, odparowuje stary klucznik, nie mogąc się nacieszyć zemstą. Po czym dobija przerażonego sługę opowieścią o pradawnym zegarze, zepsutym od stu lat, co chodzi tylko w obecności obcych i „dmie w rząd przedętych rur”. Na domiar złego budzą się wtedy także portrety prababek, które wyłażą z ram i wiodą „zacięty spór” (Ten zegar stary niby świat). Uznawszy, że Maciej skruszał, Skołuba porzuca go chyłkiem w ciemności, wówczas zaś portrety prababek… ogłaszają przybycie Stefana i Zbigniewa. Pierzchający Maciej zderza się w drzwiach z paniczami, oszołomionymi jego bełkotem. Zbigniew otacza starego troskliwym ramieniem i zabiera go z sobą, Stefan zaś zostaje, sam na sam z wezbranym sercem i blaskiem księżyca. Nadeszła chwila wspomnień o zmarłych rodzicach i miłosnych marzeń „o wzroku pięknej Hanny”. Towarzyszą im czarodziejskie dźwięki dobywające się z zegara (Cisza dokoła – Boże mój, melodia ta – Słyszę tę piosnkę). Nie mogąc zasnąć, po chwili powraca i Zbigniew. Niewiele czekając, bracia przyznają, że w głębi serca już pogwałcili śluby: Stefana przeraziło w „strasznym dworze” tylko spojrzenie Hanny, Zbigniew zaś nie może odpędzić myśli o Jadwidze (duet: Kto tu? – Gdym przy wieczerzy). W tej samej chwili portrety znikają, w ra-mach stają zaś przebrane za prababki Hanna i Jadwiga. Zaczyna się tęskny, liryczny kwartet (kwartet: Ni boleści, ni rozkoszy). Zaalarmowany tym wylewem namiętności Damazy wyłazi z zegara, gdzie dłubał przy kurancie. Na jego niepożądany widok Hanna i Jadwiga znikają znów za portretami, Stefan i Zbigniew coś jednak zauważyli podejrzanego. Damazy daje z powrotem nura do swej kryjówki, z sąsiedniej komnaty wybiega zaś Maciej, wrzeszcząc ze strachu. Stolnikowicze zaczynają podejrzewać, że ktoś tu z nich sobie żarty stroi, zostawiają więc Macieja na straży przed zegarem, sami ruszając na poszukiwanie mechanizmu władającego portretami. Zaciekawiony Damazy wyłazi wówczas ponownie z zegara, wpadając w ręce Macieja. Próbuje go nastraszyć, podając się za „duszę z zegara”, stary sługa jednak rozpoznaje fraczek i jego właściciela. Powracają też Stefan i Zbigniew, wobec których Damazy rozpaczliwie szuka jakiegoś wykrętu (finał: Pan, pan w zegarze?). Nie mając nic lepszego na podorędziu, zapewnia, że na „strasznym dworze” ciąży „przekleństwo boże”, powstał on bowiem „z hańbiących usług zapłaty”. Duchy nie zrobiły na młodzieńcach żadnego wrażenia, teraz jednak postanawiają natychmiast opuścić przeklęte mury.

Akt IV. Poranek Nowego Roku. Nie wiedząc jeszcze nic o dramatycznym finale nocnych żartów, Hanna nie może się nadziwić kawalerskim ślubom młodych gości: czyż polskie kobiety nie udowadniają od stuleci swego oddania narodowej sprawie (Do grobu trwać w bezżennym stanie – Któraż to, która)? Zachwycony Damazy przynosi jej niespodziewaną wiadomość o pospiesznym wyjeździe obu gości. On także spakował walizki, zamierzając przeczekać burzę w sąsiedniej gospodzie, gdy zaś rywale wyjadą, pędem tu wróci w towarzystwie księdza. Na odchodnym Stefan spotyka Hannę, odmawia jej jednak wszelkich wyjaśnień (duet: Na jedno słowo), wyznając jedynie swe uczucia. Bracia nie reagują też na pytania Miecznika, gdy jednak ów oskarża ich o tchórzostwo, Maciej unosi się oburzeniem, powtarzając głośno słowa Damazego. Do sali wpada nagle tłum gości przybyłych noworocznym kuligiem, których najazd uniemożliwił ucieczkę intrygantowi. Miecznik poddaje Damazego surowemu przesłuchaniu, słysząc zaś przyczynę podłego kłamstwa, postanawia mu wybaczyć. Ma po prostu przyjemniejsze obowiązki, do ojcowskich stóp padły mu bowiem dwie pary, Stefan i Hanna, Zbigniew i Jadwiga. Cześnikowa zielenieje ze złości, Miecznik zaś raz na zawsze wyjaśnia sekret „strasznego dworu”: w zeszłym stuleciu Bóg zesłał jego czcigodnemu przodkowi dziewięć córek jak jagody, te zaś wyczerpały w parę lat okoliczne zasoby kawalerów, budząc furię wśród matek i ciotek, oraz ich więdnących w staropanieństwie pieszczoszek. Wówczas to wymyślono złośliwą legendę, by odstraszyć konkurentów. Cześnikowa postanawia zamieszkać u Miecznika, w nadziei, że reputacja dworu sprowadzi tu kawalera żądnego ciepłej wdówki… Pozostaje już tylko godnie uczcić Nowy Rok – ognistym mazurem (chór: Hej, zagrajcie siarczyście).

HISTORIA. Triumf Halki otworzył przed Moniuszką wrota Warszawy, gdzie osiadł on ostatecznie w październiku 1858, po premierze Flisa. Jako dyrygent, a później dyrektor Opery, wystawił tam najpierw Hrabinę (1860), potem Verbum nobile (1861), stopnie wiodące ku arcydziełu, jakim miał się okazać Straszny dwór. Librecistę Jana Chęcińskiego, aktora, śpiewaka, reżysera, dramaturga (1826-1874), poznał przy okazji Verbum nobile, projekt nowej, szerzej zakrojonej opery komicznej powstał zaś w roku 1861. Po drugim pobycie w Paryżu (zima 1861-62), gdzie spotkał Rossiniego i Aubera i gdzie jego przyjaciele bezskutecznie próbowali wystawić jakiś jego utwór, Moniuszko powrócił do kraju, by ukończyć szkic partytury (1862). W jej dzieje wmieszała się jednak historia: w styczniu 1863 wybuchło kolejne, beznadziejne powstanie, okupant rosyjski zamknął na dwa lata z górą Teatr Wielki w Warszawie, ponowne otwarcie tej sceny uczczono zaś pra-premierą nowej opery. Sukces okazał się jednak zbyt wielki, jak na gust władz rosyjskich. Podobnie jak 100 lat później, gdy inscenizacja Dziadów Mickiewicza w Teatrze Narodowym (1967) stała się okazją do patriotycznych demonstracji, brutalnie stłumionych przez komunistów, tak i tutaj entuzjastyczne reakcje publiczności skłoniły władze do zdjęcia opery z afisza już po 3. przedstawieniu. Moniuszko więcej jej nie zobaczy, pierwsze wznowienie nastąpi bowiem dopiero 5 lat po jego śmierci, w zaborze austriackim (Lwów i Kraków 1877); później przyjdzie zabór pruski (Poznań 1882, wyjątki; całość w roku 1909), a dopiero potem rosyjski (Łódź 1905), wszędzie „pod ścisłym nadzorem”, z niezliczonymi interwencjami cenzury. Porządek przywróci dopiero wolna Polska (Warszawa 1926, 1935). Po II wojnie światowej Opera Warszawska wystawiła Straszny dwór najpierw w roku 1949, później przyszła kolej na pamiętną inscenizację Aleksandra Bardiniego (1963, dyr. Bohdan Wodiczko). W roku 1965 powstała produkcja na inaugurację odbudowanego Teatru Wielkiego (reż. Jerzy Merunowicz, dyr. Witold Rowicki), a po niej kolejne: 1972, 1983, 1999 (prowokacyjna inscenizacja Andrzeja Żuławskiego, zastąpiona w roku 2001 bardziej konwencjonalnym przedstawieniem Mikołaja Grabowskiego). Jednocześnie opera grana była, rzecz prosta, wielokrotnie i w całej Polsce. Przedtem jeszcze odkryła ją publiczność zagraniczna: Praga (1891), Kijów (1891), Wiedeń (1892 – po polsku). Straszny dwór wiedzie odtąd na światowych scenach skromniutką karierę (Kolonia 1926, Chicago 1927 – wyjątki; Bazylea 1939, Berno 1948, Mińsk 1952, Leningrad 1953). Jeśli pominąć wizyty teatrów polskich (Lyon 1986, premiera francuska w ramach tournée Teatru Wielkiego w Łodzi), w których dzieło nigdy nie schodzi z afisza, doszło do oryginalnych produkcji w Bristolu (1971), Tokio (1979), Bonn (1979), Hagen (1979) i Detroit (premiera amerykańska, 1982). Wśród słynnych wykonawców tej opery (tu należałoby przepisać cały słownik polskiej wokalistyki ostatniego stulecia), na szczególną wzmiankę zasługuje na pewno Andrzej Hiolski, niezastąpiony Miecznik od pierwszego nagrania radiowego w roku 1952 aż po ostatnie lata kariery.

(Piotr Kamiński, Tysiąc i jedna opera, Kraków 2008)

Poczytaj więcej